English
Po festiwalu

kolaż Karolina Połosakkolaż Karolina Połosak
Gazeta Festiwalowa "Na horyzoncie", nr 2
19 lipca 2013
Przekaz odpowiedzialny

Świat to brzydkie, twarde miejsce z miłymi kafejkami, rozmieszczonymi tu i ówdzie – mówi Rykarda Parasol. Amerykańska artystka wystąpi dziś w klubie Arsenał

Marcin Babko: Od kilku lat jesteś w Polsce częstym gościem, masz tu zagorzałych fanów. Spodziewałaś się tego, gdy jechałaś do nas na pierwszy koncert?

Rykarda Parasol: Nie było żadnego uzasadnienia, by spodziewać się fanów tutaj czy gdziekolwiek indziej. Faktem jednak jest, że już za pierwszym razem znaleźliśmy tu, choć jeszcze w niewielkiej ilości, ludzi otwartych na naszą muzykę.

Nie tylko grasz dla polskiej publiczności, ale też od jakiegoś czasu współpracujesz z rodzimymi artystami zaczęło się od projektu Heart & Soul. Czy łatwo Ci było nawiązać muzyczny język z artystami z naszego kraju?

– Nigdy nie pytałam nikogo o paszport. Poza tym nie było między nami aż takich różnic, z jakimi musiał się zmagać Paul Simon, gdy łączył swoją muzykę z tradycjami Afryki. Nie byliśmy dla siebie całkowicie obcy. Akurat z zespołem Heart & Soul mamy podobne muzyczne korzenie i doświadczenia, więc nie było żadnych problemów. Atmosfera była wręcz rodzinna.

Dziś przed Tobą kolejna muzyczna kolaboracja: wystąpisz razem z Misią Furtak i Melą Koteluk. Czego możemy się spodziewać?

– Mela i Misia pojawią się na scenie, by zaśpiewać po jednej z moich piosenek. Cieszę się na ten wieczór. Poznałam Melę kilka lat temu, pracowałyśmy wtedy z tymi samymi muzykami. Misię znam krócej, od jesieni tamtego roku, gdy wystąpiłyśmy razem na jednym koncercie. Nie jestem pewna, kto wpadł na pomysł naszego wspólnego grania we Wrocławiu. Swoją rolę na pewno odegrał w tym alkohol. 

Czy to jedyne takie wydarzenie, czy będzie ich więcej? Może coś razem nagracie? 

– Nie mamy żadnych planów. Jedno zobowiązanie pociąga za sobą kolejne. 

Piszesz piosenki, produkujesz swoje albumy, projektujesz okładki. Robisz to, bo chcesz sama kontrolować wszystko, co dotyczy Twojej twórczości? 

– Jeśli potrafisz sam urządzić szwedzki stół, to po co zatrudniać firmę kateringową? Gdy robisz coś sam, ewentualnie z czyjąś pomocą, to jest to autentyczne i osobiste. Pełne intymności i ciepła. Słowo kontrola wydaje mi się dość oklepane. Powiedziałabym, że chodzi raczej o odpowiedzialność. Jestem odpowiedzialna za mój przekaz muzyczny i wizualny. Nie mogę i nie chcę zrzucać tego na kogoś innego. Tak się też składa, że lubię tego rodzaju wysiłek. Może dlatego, że nigdy nie chciałam płacić komuś, żeby nie udawał. 

Na okładkach swoich płyt zwykle występujesz nago, tylko w otoczeniu kwiatów… 

– To tylko Twoje przypuszczenie, że na tych okładkach jestem ja. Nie wydaje mi się, żebym sama kiedykolwiek to zasugerowała. Te okładki są bardzo symboliczne. Nagość to prawda i wrażliwość. Rośliny to emblematy. Moim celem jest kreacja spójnego dzieła sztuki, które opowiada dłuższą, złożoną historię. O każdej płycie i okładce opowiadam trochę więcej na mojej stronie internetowej. Dla mnie okładka jest tak samo ważna jak piosenki. 

Widzisz muzykę obrazami? 

– Oczywiście. Gdy ktoś opowiada ci historię, wyobrażasz sobie scenerię i postaci. Staram się używać tak wielu przymiotników, jak to możliwe, by pomóc słuchaczowi zobaczyć moją mroczną, perwersyjną, zagubioną stronę. 

Twoja nowa płyta jest jednak bardziej melodyjna, jaśniejsza, niemal popowa.

– Czyli że wcześniej czułam się źle, a teraz czuję się lepiej? Żebyś nie przeholował. Teksty są inne, to prawda. Co jednak nie znaczy, że spokojne lub lekkie w jakimkolwiek znaczeniu. „Take Only What You Can Carry” mówi o Holokauście. Beat pcha cię do przodu, co jest częścią przekazu. 

Najpierw piszesz słowa czy melodię?

– Słowa. Piosenka bez historii jest jak film bez dobrego scenariusza.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że robisz kobiecą muzykę dla mężczyzn. W kolejnym przyznałaś, że to była prowokacja.

– Budowanie mostów raczej nie jest prowokacją. Chcę tak opowiadać moje historie, by mężczyźni, słuchając ich, nie czuli się wyalienowani. 

Festiwal Nowe Horyzonty to przede wszystkim filmy. Jakie kino lubisz najbardziej?

– Przede wszystkim lubię chodzić do kina. Uwielbiam zwłaszcza takie z wygodnymi siedzeniami. Hollywood, oczywiście, to część amerykańskiej diety – przeniknął do mojego codziennego życia, rozmów i relacji. Ale mam ulubione filmy i gatunki. Lubię oglądać historyczne dramaty kostiumowe – obojętnie w jakim języku. Ostatnio widziałam duński film „A Royal Affair”. Niedawno odkryłam, że Catherine Deneuve była wspaniałą aktorką komediową. Mieszkając w Paryżu, zobaczyłam kilka francuskojęzycznych filmów, o których wcześniej zupełnie nie słyszałam. W tej chwili na myśl przychodzi mi bardzo piękny „House of Pleasures”.

Rozmawiał Marcin Babko

 

Moje NH
Strona archiwalna 13. edycji (2013 rok)
Przejdź do strony aktualnej edycji festiwalu:
www.nowehoryzonty.pl
Nawigator
Lipiec 2013
PWŚCPSN
151617 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
Skocz do cyklu
Szukaj
filmu / reżysera / koncertu
 
KalendariumIndeks filmówMój planKlub Festiwalowy Arsenał
© Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
festiwal@nowehoryzonty.pl
realizacja: Pracownia Pakamera
Regulamin serwisu ›