English
Po festiwalu

fot. Diana Lelonekfot. Diana Lelonek
Gazeta Festiwalowa "Na horyzoncie", nr 10
26 lipca 2013
Jestem stąd!

Pokazywany w berlińskim konkursie głównym film „W imię...” Małgośki Szumowskiej zamyka dziś 13. Międzynarodowy Festiwal Filmowy T-Mobile Nowe Horyzonty

 

Rozmowa z 

Małgośką Szumowską

Joanna Malicka: Obejrzałam wczoraj „W imię…”. Nie jestem księdzem, nie jestem gejem, nie jestem mężczyzną, ale to jest film o mnie.

Małgośka Szumowska: To jest też film o mnie. O każdym z nas.

To dlaczego jest tak „skrajnie”? Młodzi chłopcy, ksiądz, homoseksualizm. Przecież gdyby para, o której uczuciu opowiadasz, była heteroseksualna, dylemat byłby ten sam. 

– Czy homoseksualizm to ekstremum? To temat, którego w naszym kraju nie wypada poruszać. Gdyby ta historia rozgrywała się między mężczyzną a kobietą, byłaby to pewnie opowieść, jakich wiele, wcale nie byłoby to to samo. Mój ojciec, dokumentalista, mówił mi zawsze tak: słuchaj, dylematy, wybory, problemy, o których mówisz, zawsze są te same. Odróżnia je tylko kontekst, w którym je osadzisz. Dopiero wtedy historia nabiera jakiegoś znaczenia, problem nagle staje się widoczny, odmienny i naprawdę mocny. Chcieliśmy zrobić film o miłości. Zadaliśmy sobie pytanie, jakie uczucie będzie najbardziej dramatyczne i najsilniej poruszy widza. Nasz bohater jest księdzem, który głęboko wierzy. Ale instytucja, w której funkcjonuje, nazywa homoseksualizm chorobą. Wydawało nam się, że takie rozłożenie akcentów stawia bohatera wobec antycznego wyboru: żyć według zasad, które budują ważny dla ciebie kościec moralny, czy żyć w zgodzie ze swoimi potrzebami, skłonnościami, w końcu – z naturą. 

Pewnie zaraz przykleimy Ci jakąś łatkę. Może tym razem będziesz czołową twórczynią kina gejowskiego w Polsce…

– Nie przeszkadza mi w niczym bycie nazywaną twórczynią filmu gejowskiego, choć sądzę, jak sama powiedziałaś, że nasz film nie dzieli ludzi na gejów i nie gejów, a opowiada o człowieku. Mój znajomy Francuz nazwał to „polskim fenomenem”. Ze wszystkiego robimy sensację, dotyka nas tabloidyzacja myślenia. To, co we Francji jest normalne, tutaj wciąż jest niecodzienne i dziwne. Wystarczy, że bohater jest homoseksualistą, a już mamy kino gejowskie i głównym tematem filmu staje się orientacja seksualna. Zresztą reakcje widzów mogą być nieprzewidywalne i wcale nie musimy z góry przyklejać tu jakichś łatek, co tak łatwo i chętnie robią dziennikarze.

Ale przecież sięgasz po tematy tabu.

– Przyglądam się i wyciągam rzeczy, które mnie interesują, kłują w oczy. Wynika to z tego, że jestem niepokorna i denerwuje mnie rzeczywistość dookoła. Trochę na złość, trochę z przekory sięgam po trudne tematy. Idea pierwotnego scenariusza była trochę inna i byłby z tego oczywiście kompletnie inny film. Gdybyśmy zrealizowali tamten scenariusz, mielibyśmy opowieść o molestowaniu, taki gazetowy, trochę sztuczny. Doszliśmy jednak do wniosku, że to głupie, że nie chcemy robić filmu publicystycznego według schematu „ksiądz molestuje chłopców”. Postanowiliśmy zrobić film delikatny i subtelny, żeby nie wpaść w pułapkę wulgarności. Jeśli mamy mocny temat, opowiedzmy go nienachalnie.

To największa zaleta tego filmu. Twój bohater wymyka się schematowi.

– Wymyka się przede wszystkim dzięki Andrzejowi Chyrze, który nie tylko jest wybitnym aktorem, ale jest również nieprzewidywalny w swoich reakcjach i w tym, jak genialnie prowadzi postać. Myślę, że „W imię ...” wywołuje w widzu stan niepewności – nie wiadomo, co się wydarzy, a lubimy w kinie nieprzewidywalność.

Rola Andrzeja Chyry jest bardzo interesująca. Wybitna. Kto był pomysłodawcą nadania tej postaci takiego ciepła, takiej szlachetności?

– Od początku, już w scenariuszu, nasz bohater jest dokładnie taki. Znaliśmy i znamy takich księży – wierzących, mądrych, oświeconych. Pomysł na tę rolę nie jest wypadkową jakichś idei, ale wynikiem bardzo świadomych decyzji, obecnych w tekście od początku. Andrzej dodał od siebie bardzo dużo.

A drugi, trzeci, czwarty plan? Właściwie nie ma tu słabych punktów!

– Budowaliśmy. Andrzej Chyra czytał Thomasa Mertona, Mateusz Kościukiewicz znalazł książkę Johna Coetzeego o autystycznym chłopaku, który w ogóle się nie odzywa. Pojechał na wieś, gdzie toczy się akcja, i przez dwa miesiące starał się żyć życiem rodziny, z którą mieszkał. Maja Ostaszewska oparła swoją rolę, „wychodząc” od kostiumu, wczuła się w klimat prowincjonalnej piękności, która najlepsze lata ma za sobą, a ciągle na coś czeka. Chłopaki to naturszczycy, których znaleźliśmy poprzez casting, ale wszyscy mieszkają w okolicy. Pracujemy drużyną: Michał Englert robi zdjęcia, tym razem jest też współautorem scenariusza. Ja zajmuję się aktorami – to zdecydowanie najważniejsza strona mojej pracy, daje mi największą satysfakcję i to chyba przenosi się na efekt. Od początku pracuje też z nami Jacek Drosio, montażysta, który jest odpowiedzialny za całość. Muzyka to zawsze Paweł Mykietyn, tym razem w towarzystwie Adasia Walickiego.

Twoje filmy – właściwie od samego początku, bo Twój krótki metraż znalazł się w canneńskim Cinéfondation – pokazywane są na wielkich międzynarodowych festiwalach, powstają w koprodukcjach, mają międzynarodową dystrybucję. Premiera w konkursie głównym Berlinale to nie byle co, szczególnie że poza Andrzejem Wajdą nie było tam polskiego reżysera od dwudziestu lat. 

– Berlinale wiele w moim życiu odmieniło. Uświadomiłam sobie, że z jednej strony trzeba opowiadać historie bardzo uniwersalne, ale, trochę paradoksalnie, należy osadzić je w jakiejś wyrazistej rzeczywistości kulturowej. Jestem stąd. Pomimo tego, że chcę być reżyserem europejskim, to przede wszystkim chcę i jestem reżyserem z korzeniami. Jeśli spojrzysz na listę filmów pokazywanych w konkursach największych festiwali – Cannes, Berlina, Wenecji – okazuje się, że kultura, w jakiej reżyserzy wyrastają, zawsze wpływa na ostateczny kształt ich filmów. Bez względu na to, w jakim kraju ich projekt powstaje. Brakuje mi w polskim kinie takiego osadzenia, bo jeśli mówimy tylko o nas samych, o naszych emocjach, to natychmiast stajemy się hermetyczni. 

Rozmawiała Joanna Malicka

 

Moje NH
Strona archiwalna 13. edycji (2013 rok)
Przejdź do strony aktualnej edycji festiwalu:
www.nowehoryzonty.pl
Nawigator
Lipiec 2013
PWŚCPSN
151617 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
Skocz do cyklu
Szukaj
filmu / reżysera / koncertu
 
KalendariumIndeks filmówMój planKlub Festiwalowy Arsenał
© Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
festiwal@nowehoryzonty.pl
realizacja: Pracownia Pakamera
Regulamin serwisu ›